Nowy marszałek w rozchwianej sytuacji politycznej. Perspektywy lewicy
Zbigniew WRÓBEL | 23 stycznia 2026

Fot. Anna Strzyżak/Kancelaria Sejmu
Jesteśmy w Polsce w sytuacji analogicznej do całej Europy. Szarpanina, rozbieżność interesów, krótkowzroczność elit partyjnych zagrażają bezpieczeństwu regionalnemu i krajowemu w kontekście pełnoskalowej wojny na terenie Ukrainy, która może się rozlać na cały region.
Na szczęście co bardziej przytomni i aspiracyjni politycy – jak Macron, Tusk, Merz, von der Leyen – podejmują działania scalające Unię wokół idei pomocy i wsparcia Ukrainy, rozumiejąc konieczność przeciwstawienia się Putinowi. Ten proces niejako w naturalny sposób przechodzić musi w jednoczenie Unii, jako takiej.
Znaleźliśmy się w klasycznym pacie politycznym. Warto tu przypomnieć, co odróżnia efekt Hamiltona[1] od dialektyki Hegla. Filozofia Hegla opisuje proces, w którym konflikt między tezą a antytezą nie zostaje rozstrzygnięty siłą, lecz przekształca się w syntetycznie w nową jakość, która zachowuje istotne elementy stron, ale eliminuje ich sprzeczności. Taki proces nie jest chwilowym kompromisem, lecz prawdziwą transformacją strukturalną.
W polityce często jednak obserwujemy nie rozwiązywanie tylko zamrażanie sprzeczności, kreujące tymczasowe chwiejne koalicje funkcjonalne. To właśnie nazwałbym umownie efektem Hamiltona – zgodą wynikającą nie ze wspólnej wizji, lecz z istnienia wspólnego zagrożenia.
Polska scena polityczna 2025 – główne siły i ich sprzeczności
Karol Nawrocki, wspierany ciągle jeszcze przez Prawo i Sprawiedliwość, reprezentuje stanowisko nacjonalistyczne, sceptyczne wobec integracji UE i czasami ambiwalentne wobec polityki wojennej wobec Rosji. Jest to swoistym curiosum, jeśli weźmie się pod uwagę fotel, który zajmuje. Formalnie podtrzymuje wsparcie dla Ukrainy, ale jego retoryka często koncentruje się na obawach społecznych związanych z uchodźcami. To z kolei osłabia jednoznacznie proukraińską narrację, którą Polska prowadziła wcześniej, także za rządów jego akolitów.
Rząd Donalda Tuska jest w większości centrowy i proeuropejski, opowiadając się za silną rolą UE i NATO w obronie Ukrainy oraz za liberalnym porządkiem prawa. To stanowisko jednak napotyka w kraju rosnące zmęczenie społeczeństwa kosztami wojny i wewnętrznymi napięciami, co ogranicza zdolność do jednoznacznej mobilizacji na rzecz Ukrainy.
Konfederacja, jako ruch skrajnie prawicowy i wolnorynkowy, jest znana z krytyki UE i z silnych akcentów na suwerenność. Część jej postulatów może być postrzegana jako prorosyjskie; jest ona albo sceptyczna, albo otwarcie sprzeciwia się polityce wspierania Ukrainy na zasadach kształtowanych przez Zachód. Meandrowanie Mentzena w trzech kierunkach swobody faktograficznej, emocjonalnej i narracyjnej świadomie zamazuje obraz, tworząc przestrzeń dla kreatywnych sojuszników z obrzeży tez i dowodów.
Czy zatem w tej sytuacji porozumienie i odrzucenie sprzeczności są do osiągnięcia?
Wydaje się, że aktualnie łatwiejsze będzie zamrożenie sprzeczności niż ich duchowe przezwyciężenie. Do tego ostatnio coraz głośniej nawołuje premier Tusk, ale i nowy marszałek Włodzimierz Czarzasty:
- PiS/Nawrocki i Koalicja Obywatelska różnią się fundamentalnie co do roli UE i priorytetów bezpieczeństwa.
- Konfederacja świadomie tworzy dodatkowy poziom napięcia, który jeszcze bardziej komplikuje budowanie konsensu.
- Polskę 2050 można pominąć w tym rozważaniu ze względu na marginalne odziaływanie.
- Jedynie Lewica (właśnie dzięki Czarzastemu) kreatywnie rezygnuje z agresywnych żądań i napięć w imię wspólnego dobra.
To zdecydowanie nie jest proces heglowski – tutaj strony nie znajdują wspólnej jakości, lecz trzeba by je zachęcić do odłożenia rozwiązania konfliktów na później, właśnie w oparciu o uzgodnienie wspólnego wroga, może nawet na razie bez trwałego projektu politycznego, który miałby to połączyć.
Europa i Polska, jak wspomniałem, stoją w obliczu pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę. Konflikt, który skupia uwagę całego świata, wymaga strategicznej współpracy instytucji i państw. Unia uzgodniła właśnie znaczące wsparcie finansowe dla Ukrainy (90 mld euro), co pokazuje, że solidarność europejska na szczęście wciąż działa, pomimo napięć wewnętrznych.
Trzeba też zauważyć, że działania ważnego, choć oddalonego w każdym wymiarze Donalda Trumpa wprowadzają nieprzewidywalność w polityce USA wobec Europy i Ukrainy. Trump sygnalizował chęć zmniejszenia amerykańskiej obecności wojskowej w Europie i krytykę dotychczasowej strategii wobec rosyjskiej agresji, co może podważać transatlantycki konsens, jeśli nie zostanie zaadresowane politycznie. Trump chce szybko zakończyć wojnę (pod sprytnym humanitarnym hasłem: „skończmy z tym zabijaniem”), bo chce przywrócić współpracę handlową z Rosją. Na horyzoncie są wielkie pieniądze, a w ich obliczu rośnie uległość prezydenta USA wobec Rosji. Staje się on skłonny oddawać, co się da; zwłaszcza, że to wszak nie swoje by oddawał… Ciągle nie udaje mu się osiągnąć taniego dolara mimo szalonych z pozoru ruchów, więc szuka sposobu, aby swój sklep jakoś zatowarować po konkurencyjnych cenach. Ten schemat myślenia jest mu akurat bliski, bo zna się na handlowaniu…
Aby Polska i Europa mogły skutecznie stawić czoła nie tylko Rosji, ale i presji geopolitycznej USA Trumpa, konieczna jest nowa jakość polityki narodowej i europejskiej, która łączy różne wrażliwości w realny projekt bezpieczeństwa, integracji i stabilności.
Jak osiągnąć efekt Hamiltona względem zagrożeń?
Skoro sprzeczności nie są przezwyciężane automatycznie, potrzebna jest polityczna i społeczna praca nad wspólną narracją bezpieczeństwa. Zamiast sporu o UE czy imigrantów, należałoby skoncentrować debatę na tym, co realnie może łączyć:
- bezpieczeństwo granic Polski i UE,
- obrona przed agresją ze strony Rosji,
- respektowanie suwerenności Ukrainy jako bufora dla Polski.
Takie przesunięcie tematyki zmniejszałoby napięcia i nawigowało główny konflikt ku uświadamianiu zagrożenia zewnętrznego. Wydaje się, że konieczne są instytucjonalne mechanizmy:
- wypracowanie minimalnego konsensu wobec polityki zagranicznej,
- powstrzymanie politycznego wetowania ustaw przez prezydenta,
- dopuszczenie do choćby ograniczonego, ale współdziałania dla bezpieczeństwa narodowego ponad partyjnymi sporami.
To nawiązuje do przywoływanej tu heglowskiej syntezy – nie likwiduje różnic, ale tworzy nową wspólną przestrzeń działania. Aby ruszyć z miejsca, potrzebna jest mobilizacja społeczna. Dzisiejsze podziały w Polsce odzwierciedlają różnorakie lęki społeczne: ekonomiczne, kulturowe, bezpieczeństwa. Społeczeństwo jest znudzone brakiem efektów w realizacji obietnic wyborczych, pomimo iż ostatnio bardzo się ten proces rozkręca. Budowanie poczucia wspólnoty poprzez politykę społeczną, zdrowotną i edukacyjną może zmniejszyć skrajne sprzeczności i sprawić, że żądanie jedności nie będzie tylko elitarne.
Marszałek – nowa wizja urzędu czy nowy człowiek
Bardzo aktywna jest ostatnio postawa marszałka Czarzastego, który silnie zmienia wizerunek swój i Lewicy. To polityk zdroworozsądkowy, koncyliacyjny, ceniący lojalność i dane słowo, rozumiejący prostego człowieka, bez aury machiawelizmu tak mocno ostatnio manieryzującej politykę. Idzie nową drogą i buduje silną pozycję drugiej osoby w państwie, co bardzo jest oczekiwane po wprawdzie wygadanym (nawet ciętym, ale jednak zwykle pustosłowiem) poprzedniku na tej funkcji. To otrzaskany w politycznym boju wojownik, ale i doświadczony przywódca, którego stabilizująca rola w koalicji jest nie do przecenienia. Wzajemny szacunek Tusk-Czarzasty także robi swoje. Oby wrócił czas, gdy słowo było warte pieniędzy, a podpis zastępował uścisk dłoni. Znakomity ruch z nominacją Marka Siwca i Jerzego Woźniaka do Kancelarii Sejmu wzmocni skuteczność tego urzędu i drożność decyzyjną całego aparatu, co wobec rozchwianej sytuacji politycznej może się okazać jednym z kluczowych elementów usprawnienia parlamentu i wskazówką dla innych, że można.
Nadchodzi czas lewicy. Aleksander Kwaśniewski odchodząc z urzędu w 2005 roku powiedział, podsumowując ówczesną sytuację: „Lewica 25 lat nie dojdzie do władzy, ale jeśli chce wrócić, to już od dziś musi walczyć o zachowanie struktur i materii”. Właśnie proroctwo się spełnia. Dziś potrzebna jest nowa interpretacja lewicy, jej misji i definicji celów. Z zadowoleniem zauważam, że aktualni politycy lewicy trafiają do społecznego przekonania. Są rozumiani i słuchani.
W swoim czasie Czarzasty był krytykowany za autokratyzm w partii, porządkowanie priorytetów według własnych kryteriów, czasem nawet drastyczne windowanie zbyt młodych, zasysanie zewnętrznych intelektualistów czy sprawnych w osiąganiu celów lokalnych i środowiskowych liderów. Gdy spojrzymy na te wydarzenia z lotu ptaka, dostrzegamy wykonanie ogromnej pracy u Augiasza.
Znam Włodka 40 lat. Tak, byłem przy tym, jak czepiała się go bezpieka w latach 80., gdy go nakryto z tzw. bibułą – bo duchem był niepokornym. Pamiętam jego pełne emocji wystąpienia i debaty w środowisku kultury akademickiej, z teatrami, kabaretami i dysydenckimi twórcami, gdy przejmował pałeczkę w ZSP po Aleksandrze Kwaśniewskim i Marianie Redwanie. Szczerze walczył o wolność i niezależność ruchu studenckiego. Jeździł po kraju i pracował na podstawowych szczeblach. Pamiętam jego fryzurę afro i ukuty przez kolegów z Politechniki Warszawskiej przydomek „Czapieżasty” oddający także jego charakter i to, jak był postrzegany w środowisku. Był urodzonym liderem drugiego szeregu. Był tam, gdzie trzeba było pracować, rozmawiać, przekonywać, negocjować, zawierać sojusze i szukać kompromisów – nawet tam, gdzie ich nie było widać na horyzoncie. W pewnym momencie, po oczyszczeniu pola, okazało się, że sam musi sięgnąć po prymat i laur. Idę o zakład, że nie to było wtedy jego celem.
Najpierw porządkując partię wewnętrznie i skupiając zwolenników wokół głównych celów, a potem syntezując idee, instrumenty i zasoby ludzkie, zwiększył dobrostan. Podjął niepopularne decyzje, przyjmując odium krytyki. Choćby oczyszczając pole z wiszących kandelabrów z dawno wypalonymi świecami. Odeszła wówczas z władz, a nawet całkiem z partii, samodzielnie lub pod presją, spora grupa weteranów. Trudno – koszty. Pojawiają się w mediach lub na platformach społecznościowych spełniając raczej rolę wentyla lub satyryka politycznego. Inni, jak premier Cimoszewicz, profesorowie Rosati, Kołodko, usadowili się w niszy sumienia narodu i od czasu do czasu nadają ważny komunikat. Są czymś na kształt klejnotów w koronie, które stanowią o prestiżu i bogactwie intelektualnym. W tym kontekście trudno mi zrozumieć Joasię Senyszyn, której wypowiedzi (tchnące nieco zazdrością chyba), że Czarzasty nie będzie dobrym marszałkiem, wydają się trochę małostkowe. (Za korale dziękujemy!)
Dziś mamy do czynienia z odradzającym się stronnictwem politycznym, ale i ruchem społecznym. Nowa Lewica ze swymi 25 tysiącami zarejestrowanych członków to poważna gwardia.
Każda formacja wyczerpuje swój model. Na naszych oczach tak stało się z silną AWS, którą rozsadziły siły odśrodkowe, z ZSL, SD, to samo – jak dobrze wszak pamiętamy – spotkało SLD. Teraz ten proces dotyka PiS, ale i smuży się także mgielny dym po partyjnych zaułkach KO… Pęka stary ład i ludzie poszukują nowych autorytetów. Duopol kiśnie i eroduje. Nadchodzi poważne przegrupowanie polityczne. Sondaże straszą przywódców i zachęcają do zmian. Idzie nowe!
Lewico, stawaj do boju o dusze potrzebne do odbudowy silnej koalicji dla poobijanej Polski, bądź spoiwem tej tak potrzebnej syntezy mocy i dobra! Mamy siłę, zasoby i wolę.
[1] Alexander Hamilton, 1757–1804, jeden z ojców-założycieli USA.
Artykuł ukazał się w numerze 1/2026 „Res Humana”, styczeń-luty 2026 r.
Zbigniew Wróbel jest mentorem, menedżerem i felietonistą „Forbes”. Był m.in. prezesem Zarządu PKN Orlen, wiceprezesem PepsiCo na Europę, członkiem kierownictwa PLL LOT i wieloletnim dyrektorem Biura Podróży i Turystyki ZSP Almatur.